Sochonostalgia Barbary Sobkowicz: wszystko zaczyna się na ulicy Staszica

  • 13.05.2018, 15:05
  • Monika Figut
Sochonostalgia Barbary Sobkowicz: wszystko zaczyna się na ulicy Staszica Radio Sochaczew Barbara Sobkowicz w swoim domu na Farnej
Przed nami premiera wyjątkowej, wspomnieniowej książki o Sochaczewie.

Pomysł zrodził się w bardzo dziwnych okolicznościach. Któregoś razu napisałam artykuł o ulicy Staszica w Sochaczewie. To jest moja ulica, ulica mojego dzieciństwa, i w czasie, gdy zaczynała być ona przebudowywana, zaczęłam cofać się w daleką przeszłość, do moich lat najmłodszych.

Jest pani rozpoznawalna i znana w naszym mieście przede wszystkim jako wieloletni nauczyciel języka polskiego w sochaczewskim Chopinie, również jako inicjator, organizator wielu wydarzeń kulturalnych. Dziś jednak rozmawiamy o nieco innej pani roli, na pewno mniej z panią kojarzonej, a mianowicie jako autora książki. Książki, która ma się ukazać i być promowana podczas najbliższych Dni Sochaczewa. „Sochonostalgia”. Skąd pomysł na publikację?

- Pomysł zrodził się w bardzo dziwnych okolicznościach. Któregoś razu napisałam artykuł o ulicy Staszica w Sochaczewie. To jest moja ulica, ulica mojego dzieciństwa, i w czasie, gdy zaczynała być ona przebudowywana, zaczęłam cofać się w daleką przeszłość, do moich lat najmłodszych. Po artykule otrzymałam mnóstwo telefonów od osób, które pamiętają przeszłość tej ulicy, przeprowadziłam wiele rozmów. Ta wędrówka w to, co już minęło, tak mi się spodobała, że zaczęłam trochę pisać, a jeszcze zmobilizowała mnie do tego pani redaktor, moja dawna uczennica, Jola Śmielak – Sosnowska, która ciągle powtarzała, niech pani pisze, niech pani pisze. Więc pisałam, a Jola zamieszczała część tych moich wspomnień na łamach „Ziemi Sochaczewskiej”, ale wtedy już część pisałam wyłącznie na użytek mojej książki, która, jak ustaliłyśmy z Jolą, powstanie.

A jak ona jest napisana, w jaki sposób prowadzona jest narracja?

- To narracja pierwszoosobowa, przy czym ja jestem tu nie tylko narratorem, ale i bohaterem, gdyż piszę o osobach, które osobiście znałam, o wydarzeniach, w których sama uczestniczyłam i o miejscach, które na własne oczy widziałam.

Czy to są wspomnienia, które zawsze w pani istniały i były pielęgnowane, czy też zdarzyło się, że podczas pisania tej książki, wracały do pani wspomnienia, które przez lata drzemały gdzieś w zupełnym ukryciu?

- Zdecydowanie budziły się z drzemki, odkrywały stopniowo jedno po drugim. I teraz, gdy przeglądam tę książkę, już skończoną, odrywają się nadal, wciąż myślę, że jeszcze o tym mogłam napisać, jeszcze o tym.

Czy w trakcie pisania zdarzało się, że coś chciała sobie pani przypomnieć bardziej, bardziej zobaczyć i w związku z tym spotykała się pani z ludźmi dawno nie spotykanymi.

No tak, oczywiście, na przykład odkryłam taką swoją dawną koleżankę z dziecięcych lat, panią Agnieszkę, której zresztą w książce dziękuję za ten wspólny spacer w przeszłość. Panią Wiesię, z którą do dziś z przyjemnością i często spotykamy się w kawiarni. Ludzie, z którymi się spotykałam, często podpowiadali mi, jak było, albo cieszyli się, że ja coś odkryłam, przypomniałam panią, która w tym miejscu coś sprzedawała, a tu był ktoś, kto zwykł spacerować. Te rozmowy dużo wniosły do książki.

Rozumiem, że czytając „Sochonostalgię”, możemy zobaczyć Sochaczew sprzed lat, sprzed ilu lat?

Pierwsze moje wspomnienia dotyczą końca lat czterdziestych, ale książka koncentruje się na latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy to przypadała moja młodość, czyli zdecydowanie ten najpiękniejszy okres w moim życiu. Poszczególne rozdziały wiodą aż do współczesności, nawet do 2017 roku, w sumie wspomnienia te rozkładają się na siedemdziesiąt równych lat.

Jak dokładnie zaczyna się pani książka?

Zaczyna się od tego, że się urodziłam w kamienicy przy ulicy Staszica, że tam spacerowałam z mamą, wspominam lokatorów, których doskonale do dziś pamiętam z mojej kamienicy, nawet posłużyłam się cytatem z Wyspiańskiego, że „dotąd widzę ich twarze”. Bo widzę, pamiętam wszystkie nazwiska.

Jest pani związana z ulicą Staszica, ale też chyba szczególnie, z uwagi na swój dom, z pobliską, historyczną ulicą Farną. Czym jest dla pani ta ulica?

Chyba moim miejscem na życie takie już do końca, bo mieszkam tutaj już prawie siedemdziesiąt lat.

Gdy była pani małą dziewczynką, jak wyglądała ta ulica?

Mój Boże, zupełnie inaczej. Jezdnię porastała trawa, zimą w wielu miejscach zjeżdżałam z dziećmi na sankach. Można było jeździć na łyżwach. Tutaj każdy hodował jakieś zwierzęta, niekoniecznie pieski, jak w tej chwili, na przykład sąsiadka miała kozę, inna miała krówki, my mieliśmy króliki.

Dużo było chyba wtedy w Sochaczewie domów drewnianych, tak rzadko dziś spotykanych?

Muszę powiedzieć, że na samej ulicy Farnej były trzy drewniaki. Na ulicy Warszawskiej był drewniany dom parafialny, potem był dom państwa Tomaszewskich, też taki wielorodzinny, i tutaj w górę, jak się idzie przy Poświętnym, był taki duży drewniany dom państwa Rolińskich. Oczywiście moi rodzice też na początku postawili drewniak, a potem mozolnie budowali ten dom murowany, w którym już tak długo mieszkam.

A ulica Staszica pokryta była kocimi łbami…

Tat, tak, w ogóle tutaj to kiedyś jeździły dorożki, a zimą sanki. Rynek na placu przed strażą pożarną był dla mnie jak teatr, uwielbiałam go obserwować. Nie było przecież wtedy w telewizji, więc przez okno godzinami patrzyłam, jak tutaj ludzie kupowali kury, jak te kury uciekały, a sprzedawcy je gonili. Były w Sochaczewie dwa takie rynki, jeden ten wspomniany, a drugi na placu Kościuszki.

Czy wśród tych wspomnień są takie szczególnie dla pani ważne, takie, które wywołały podczas pisania książki silne wzruszenia?

To chyba jednak te z okresu dzieciństwa i młodości, to właśnie na te lata patrzy się z największym sentymentem. Zupełnie zapomniałam wszelkie nieprzyjemne zdarzenia i historie, wracając do tego czasu wszystko wydawało mi się fajne, wspaniałe, inne niż dzisiaj, lepsze.

To z jakiego powodu pisze pani o roku 2017?

Dlatego, że w tym roku spotkałam się z moją panią od biologii, panią profesor Marią Łakomską, a także z jej córką i wysłuchałam historii o okolicznościach powstania ich drewnianego domu, ładnego zielonego domu, który do dziś stoi przy ulicy Staszica.

Dlaczego „Sochonostalgia”, skąd taki tytuł dla pani książki?

Nie mogła być sochaczewska nostalgia, bo to by było za długo. Nostalgia na pewno, gdyż tam takie nutki się pojawiają, a że jest o moim mieście, wzięłam sobie część jego nazwy, jak dziś często robi młodzież, i stąd „Sochonostalgia”.

Czy zobaczymy w tej publikacji ilustracje?

Nie wyobrażam sobie książki wspomnieniowej bez zdjęć i większość z nich pochodzi z mojego archiwum, jeśli tak mogę powiedzieć.

Z niecierpliwością czekamy zatem na książkę, będzie to na pewno inna, mało znana forma publikacji o naszym mieście, a atrakcyjna, choćby przez to, że osobista, również dlatego, że wielu mieszkańców pamięta jeszcze opisywane przez panią czasy. Dziękuję za rozmowę.

Dziękuję.

 

rozmawiała Monika Figut

Monika Figut
Podziel się:
Oceń:

Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu _______. _________ z siedzibą w ________ jest administratorem twoich danych osobowych dla celów związanych z korzystaniem z serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania.

Pozostałe